Co ja tu wyprawiam?

Obserwuję, notuję, komentuję. Potrafię ostro przyłożyć, ale nie robię tego notorycznie. Pistacjowy blog jest moją osobistą odtrutką na polityczno-obyczajowe niestrawności. Piszę głównie dla siebie, ale Wasze wizyty cieszą mnie niezwykle. Wpadajcie o każdej porze, pogadamy :))

czwartek, 7 stycznia 2010

Kopniaki Premiera

Szkoda, że trzeba było aż takiego skandalu, jak bałagan administracyjny wstrzymujący chemioterapię niestandardową i kolejne narażania ludzi na stress i powikłania zdrowotne, aby pan Premier Tusk uświadomił sobie nareszcie brak kompetencji pyskatej i buńczucznej, pani minister Ewy Kopacz. Prezes jednej z najbardziej zaplątanej w biurokratyczne aberracje instytucji zwanej Narodowym Funduszem Zdrowia siedzi już na oślej ławce, gotowy do odstrzału. Trzeba tylko wygrzebać skądś "godnego" zastępce i srrruu - będziemy świadkami kolejnej dymisji.
Przez cały dzień mogliśmy wysłuchiwać żałosnego skomlenia pani minister i pana prezesa, zmuszonych do publicznych przeprosin. Ja to bym im kazał przepraszać osobiście wszystkich czekających w kolejkach na terapię pacjentów. Przepraszać do kamer, to doprawdy żadna sztuka.

niedziela, 3 stycznia 2010

Pistacjowa wizja Polski 2010

Moja propozycja na Nowy Rok jest następująca: likwidujemy urząd prezydenta, sejm, senat i system partyjny. Won. Mianujemy fachowych ludzi do zarządzania państwem na podstawie tylko i wyłącznie odpowiednich kwalifikacji i doświadczenia. Identycznie robi się w dobrze prosperujących firmach. Każdy obsadzony na stanowisku jest odpowiedzialny za swoją "działkę" i w wypadku braku oczekiwanych efektów, wylatuje na bruk z procesem sądowym na karku. Nagradzamy, chwalimy i ewentualnie przedłużamy kontrakty tym wszystkim, którzy wyznaczone zadania wykonują zgodnie z oczekiwaniami zawartymi w umowie.
Kto o wszystkim decyduje? Polskie społeczeństwo, które zamiast pyskować na portalach internetowych (he he) angażuje się aktywnie i bacznie obserwuje, opłacanych ze wspólnych podatków, pracowników.

Jako bonus, proponuję likwidację całkowitą, panującej nam od czasów PRL, krwiopijczej administracji. Urzędników, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości - gonimy do łopat i do zbierania psich odchodów. W zamian, tworzymy nowy system administracyjny pod hasłem "MINIMUM", z udziałem młodych, wykształconych ludzi, świeżo po szkoleniach zatytułowanych "Urzędnicy pracują dla dobra obywatela, ale nigdy odwrotnie".

No i jak, fajnie wykombinowałem?